Jak inni ludzie w Polsce walczą i o co im chodzi: www.stopwiatrakom.eu - porozmawiaj o wiatrakach.



wtorek, 12 listopada 2013

Stanąłem na wysokości zadania.

W sumie to się sobie dziwię ponieważ przez długie lata w związku z lękiem wysokości który mnie prześladuje nie miałem odwagi aby chodzić po dachu naszego domu.
Aż tu po części splot pewnych okoliczności oraz poczucie, że jak się zrobi coś samodzielnie to się zaoszczędzi sporo pieniędzy zmusiły mnie do postawienia stopy na dachu.  Ostatecznie wszystko okazało się bardziej proste niż sobie wyobrażałem. Po wszystkim mogłem chodzić swobodnie niemal po całej połaci dachu naszego domu. Nie pracowałem jedynie przy samych krawędziach, tuż nad rynnami - wyręczył mnie w tym kolega który jest nieco odważniejszy.
Nasz dom jest dosyć wysoki, od ziemi do podstawy dachu ma około 9 metrów wysokości, więc trzeba mieć respekt bo inaczej można zaliczyć powiedzmy, że bardzo bolesny upadek.
Mamy bardzo solidne blachy dachowe na pokryciu domu, jeszcze z komunistycznych czasów, dzisiaj już tak grubych blach nie robią. Warto o nie zadbać ponieważ są w dobrym stanie, a ich ewentualna wymiana nie gwarantowałaby, że zakupimy coś lepszego niż posiadamy obecnie.
Z czasem poluzowały się mocowania które trzymały pokrycie i wymagały wymiany, pierwotnie blachy były przymocowane do łat przy pomocy gwoździ, należało je zastąpić wkrętami. Całą pracę wykonałem w około pięciu dni głównie z pomocą mojego taty oraz przy udziale kolegi. Zdążyłem wszystko zrobić puki jeszcze była piękna pogoda.




A tu kilka widoczków naszej wioski.







Tak może na marginesie w nawiązaniu do kilku wpisów na blagach które obserwuję chciałbym dodać, a w zasadzie potwierdzić to, że życie na wsi daje dużo możliwości. Zwłaszcza w kontekście nieruchomości które można tam znaleźć. W mieście byłoby bardzo ciężko znaleźć komuś domy i zabudowania gospodarcze na dużych działkach w porównywalnych cenach.
Jeżeli ktoś w przyszłości zamierza pracować na "własną rękę" to znaczy prowadzić jakąś działalność to najlepiej jak rozejrzy się gdzieś na prowincji za czymś czego w mieście by nigdy nie kupił.
W zeszłej niedzieli odbyłem bardzo ciekawą rozmowę z jednym z moich znajomych z Warszawy, spotkaliśmy się na pewnej imprezie handlowo-wystawienniczej. Otóż ten kolega musiał z powodu pogody szybko ewakuować swoje stoisko. Ponieważ jak mi wyjaśnił - w wypadku gdyby złapał go deszcz to nie będzie miał żadnej możliwości aby wysuszyć swoje eksponaty. Ten kolega ma mieszkanie w centrum miasta, nie ma garażu, wszystko przechowuje w aucie.
Ja się specjalnie nie bałem deszczu ponieważ mam namioty, ale nie o to chodzi. Miałem na myśli, że się nie bałem deszczu bo nawet gdyby mi coś zmokło to mam: garaż, piwnice, strychy i inne pomieszczenia gdzie mogę sobie spokojnie wszystko wysuszyć.
Nie wspomnę, że mając własne podwórze nie mam problemów z parkowaniem samochodu pod domem i o innych wygodach których mój kolega nie może w żaden sposób doświadczyć - wiejskie domostwa to jest COŚ, mają ogromny potencjał.

Moje namioty handlowe suszą się spokojnie w piwnicy.

środa, 30 października 2013

Wczoraj jadąc samochodem do Raciborza w jednym z mijanych po drodze powiatowo-gminnych miasteczek zabrałem autostopowicza. Był to gość może nieco młodszy niż ja który wracał od lekarza po okresowej wizycie. Ten człowiek co miesiąc musi jeździć do przychodni w związku z chorobą na którą cierpi.
Nie mając własnego samochodu jest zmuszony korzystać z okazji ponieważ w tej okolicy - pomiędzy powiatem, a gminą w której mieszka zlikwidowano połączenia autobusowe. Nie ma tam też żadnej linii kolejowej więc ludzie w podobnej do niego sytuacji mają bardzo utrudnione życie.
Rozmawialiśmy trochę po drodze, głownie narzekając na rozkład kraju i okolicy który dokonuje się każdego dnia na naszych oczach: na likwidację połączeń komunikacji publicznej, na problemy z dostępem do lekarza, na przerost biurokracji itd.
Ten człowiek opowiedział mi bardzo ciekawą historię. Mianowicie zaraz po tym jak zlikwidowano w okolicy połączenia PKS jedna z sąsiadek, starsza już osoba przyszła do matki mojego pasażera aby się wypłakać. Ta pani o której mowa jest już w wieku emerytalnym i podobnie jak człowiek którego zabrałem musi jeździć regularnie do powiatu do lekarza. Wcześniej jakoś sobie radziła ponieważ kursowały autobusy. Jednak w nowej sytuacji żyjąc samotnie nie była w stanie ruszyć się poza własną wieś. Dla tej bezradnej wobec niekorzystnych zmian kobiety to był prawdziwy dramat.
Udała się wiec do urzędu gminnego aby zapytać burmistrza o to co gmina zrobiła lub co może zrobić aby przywrócić ponownie połączenia autobusowe. Pod nieobecność szefa przyjął ją wiceburmistrz i na postawione przez nią pytanie odpowiedział również pytaniem:
- droga Pani, co Pani robiła przez mienione sześćdziesiąt parę lat swojego życia, że nie dorobiła się Pani samochodu ?????

poniedziałek, 21 października 2013

Jesień.

Nie wiem czy nic się nie dzieje, czy dzieje się za dużo. W każdym razie przekłada się to na moją aktywność na blogu która zwłaszcza w ostatnich miesiącach jest bardzo mała.
Obecna jesień przychodzi za szybko - za szybko w stosunku do tego co sobie zaplanowałem że zdążę zrobić przed jej nadejściem. Zaplanowałem sobie kilka prac przy domu i posesji i z tego co widzę to jak co roku część moich planów będzie musiała ulec redukcji po części z barku czasu, a po części z przyczyn finansowych.
W ostatnich dniach zabrałem się z pomocą kolegi i mojego taty za prace konserwacyjne na dachu naszego domu - w najbliższych dniach postaram się opisać dla potomności co takiego robimy.

A tym czasem zamieszczę kilka zdjęć które już czekają od dziesięciu dni na publikację. Zdjęcia się nico zdezaktualizowały względem dzisiejszych dni bo przyroda nie śpi i obecnie drzewa są już prawie całkiem łyse.

Nasza poniemiecka jabłonka przed domem.

Widok krzewów od strony ulicy.

Dwie z kilkudziesięciu śliwek mirabelek które rosną na naszej działce.

Widok na ogród od wschodu.

Nasz super-smaczny winogron którego w tym roku nie mieliśmy okazji specjalnie posmakować z braku czasu.

Widok na jeden z klombów w ogrodzie za domem, a w głębi nasz ogródek warzywny - już bez warzyw, a dalej łąka i kilka balotów siana z ostatniego w tym roku pokosu. 

Skalniak który zbudowałem przybrany malowniczym kobiercem z liści.

Nasz dom od tylca ;)

Widok na ogród od strony zachodniej.

Jedna z pięknych porannych jesiennych mgieł którą chcę się pochwalić.

Ta sama mgła tylko w innym ujęciu.


wtorek, 24 września 2013

Przesilenie i zmiany.

Właśnie mamy przesilenie lata w jesień, może użyłem złego słowa ale coś jest na rzeczy z tym przesileniem.  Właśnie coś się przesiliło w paru sprawach i zaszły zmiany.

Po pierwsze dokociliśmy się nieznacznie, mamy w domu - tzn w części mieszkalnej naszego domu mamy o jednego kota więcej. Został nam jeden z kotków o których pisałem w lipcu i aby nie czół się samotnie to wzięliśmy go na salony.


Na zdjęciu może to wygląda sielankowo ale w rzeczywistości nie jest już tak ładnie. Dokacanie to nie jest taka łatwa sprawa. Ostatecznie po kilku dniach obecności młodego Kacerz - nasz stary kot z tych emocji dostał ruję.

A jak się ma koty to ma się zniszczone tapicerki, dobrze, że jesteśmy przezorni w tej kwestii i kupujemy używane sofy. Nasza stara sofa po pięciu latach działań stylistycznych Kacerza wyglądała dość rozpaczliwie.








Nadeszła pora na zmianę, a że zdarzył się dobry człowiek który zechciał pozyskać do siebie nasz zużyty mebel do siedzenia to nie mieliśmy wyjścia. Znaleźliśmy sobie kolejną używaną sofę w dobrej cenie.  Przy tym ta "nowa" jest wygodniejsza :)




Nastąpiło też kolejne przesilenie, po blisko 30 latach zmieniliśmy drzwi w zakładzie. Ja już od bardzo długiego czasu denerwowałem się na widok starych jednak zawsze brakowało czasu i woli aby coś zmienić w tej kwestii. Ostatecznie zmiana zaszła niejako przypadkiem, zmówiliśmy się z ojcem, jak kupiłem materiały, on trochę popracował, ja odrobinę pomogłem no i stało się. Teraz jeszcze na wiosnę w przyszłym roku będziemy musieli odmalować nieco wnętrze warsztatu.

Nowe drzwi, a obok resztka starych stoi oparta o ścinę.