Wczoraj jadąc samochodem do Raciborza w jednym z mijanych po drodze powiatowo-gminnych miasteczek zabrałem autostopowicza. Był to gość może nieco młodszy niż ja który wracał od lekarza po okresowej wizycie. Ten człowiek co miesiąc musi jeździć do przychodni w związku z chorobą na którą cierpi.
Nie mając własnego samochodu jest zmuszony korzystać z okazji ponieważ w tej okolicy - pomiędzy powiatem, a gminą w której mieszka zlikwidowano połączenia autobusowe. Nie ma tam też żadnej linii kolejowej więc ludzie w podobnej do niego sytuacji mają bardzo utrudnione życie.
Rozmawialiśmy trochę po drodze, głownie narzekając na rozkład kraju i okolicy który dokonuje się każdego dnia na naszych oczach: na likwidację połączeń komunikacji publicznej, na problemy z dostępem do lekarza, na przerost biurokracji itd.
Ten człowiek opowiedział mi bardzo ciekawą historię. Mianowicie zaraz po tym jak zlikwidowano w okolicy połączenia PKS jedna z sąsiadek, starsza już osoba przyszła do matki mojego pasażera aby się wypłakać. Ta pani o której mowa jest już w wieku emerytalnym i podobnie jak człowiek którego zabrałem musi jeździć regularnie do powiatu do lekarza. Wcześniej jakoś sobie radziła ponieważ kursowały autobusy. Jednak w nowej sytuacji żyjąc samotnie nie była w stanie ruszyć się poza własną wieś. Dla tej bezradnej wobec niekorzystnych zmian kobiety to był prawdziwy dramat.
Udała się wiec do urzędu gminnego aby zapytać burmistrza o to co gmina zrobiła lub co może zrobić aby przywrócić ponownie połączenia autobusowe. Pod nieobecność szefa przyjął ją wiceburmistrz i na postawione przez nią pytanie odpowiedział również pytaniem:
- droga Pani, co Pani robiła przez mienione sześćdziesiąt parę lat swojego życia, że nie dorobiła się Pani samochodu ?????
Trudno jest napisać coś znaczącego, na pewno nie stworzę swoim blogiem strzelistego aktu. Będą tu zawarte moje spostrzeżenia, głupie myśli oraz inne takie tam. Ogólnie to subiektywna "relacja z życia" widziana po mojemu.
środa, 30 października 2013
poniedziałek, 21 października 2013
Jesień.
Nie wiem czy nic się nie dzieje, czy dzieje się za dużo. W każdym razie przekłada się to na moją aktywność na blogu która zwłaszcza w ostatnich miesiącach jest bardzo mała.
Obecna jesień przychodzi za szybko - za szybko w stosunku do tego co sobie zaplanowałem że zdążę zrobić przed jej nadejściem. Zaplanowałem sobie kilka prac przy domu i posesji i z tego co widzę to jak co roku część moich planów będzie musiała ulec redukcji po części z barku czasu, a po części z przyczyn finansowych.
W ostatnich dniach zabrałem się z pomocą kolegi i mojego taty za prace konserwacyjne na dachu naszego domu - w najbliższych dniach postaram się opisać dla potomności co takiego robimy.
A tym czasem zamieszczę kilka zdjęć które już czekają od dziesięciu dni na publikację. Zdjęcia się nico zdezaktualizowały względem dzisiejszych dni bo przyroda nie śpi i obecnie drzewa są już prawie całkiem łyse.
Obecna jesień przychodzi za szybko - za szybko w stosunku do tego co sobie zaplanowałem że zdążę zrobić przed jej nadejściem. Zaplanowałem sobie kilka prac przy domu i posesji i z tego co widzę to jak co roku część moich planów będzie musiała ulec redukcji po części z barku czasu, a po części z przyczyn finansowych.
W ostatnich dniach zabrałem się z pomocą kolegi i mojego taty za prace konserwacyjne na dachu naszego domu - w najbliższych dniach postaram się opisać dla potomności co takiego robimy.
A tym czasem zamieszczę kilka zdjęć które już czekają od dziesięciu dni na publikację. Zdjęcia się nico zdezaktualizowały względem dzisiejszych dni bo przyroda nie śpi i obecnie drzewa są już prawie całkiem łyse.
| Nasza poniemiecka jabłonka przed domem. |
| Widok krzewów od strony ulicy. |
| Dwie z kilkudziesięciu śliwek mirabelek które rosną na naszej działce. |
| Widok na ogród od wschodu. |
| Nasz super-smaczny winogron którego w tym roku nie mieliśmy okazji specjalnie posmakować z braku czasu. |
| Widok na jeden z klombów w ogrodzie za domem, a w głębi nasz ogródek warzywny - już bez warzyw, a dalej łąka i kilka balotów siana z ostatniego w tym roku pokosu. |
| Skalniak który zbudowałem przybrany malowniczym kobiercem z liści. |
| Nasz dom od tylca ;) |
| Widok na ogród od strony zachodniej. |
| Jedna z pięknych porannych jesiennych mgieł którą chcę się pochwalić. |
| Ta sama mgła tylko w innym ujęciu. |
wtorek, 24 września 2013
Przesilenie i zmiany.
Właśnie mamy przesilenie lata w jesień, może użyłem złego słowa ale coś jest na rzeczy z tym przesileniem. Właśnie coś się przesiliło w paru sprawach i zaszły zmiany.
Po pierwsze dokociliśmy się nieznacznie, mamy w domu - tzn w części mieszkalnej naszego domu mamy o jednego kota więcej. Został nam jeden z kotków o których pisałem w lipcu i aby nie czół się samotnie to wzięliśmy go na salony.
Na zdjęciu może to wygląda sielankowo ale w rzeczywistości nie jest już tak ładnie. Dokacanie to nie jest taka łatwa sprawa. Ostatecznie po kilku dniach obecności młodego Kacerz - nasz stary kot z tych emocji dostał ruję.
A jak się ma koty to ma się zniszczone tapicerki, dobrze, że jesteśmy przezorni w tej kwestii i kupujemy używane sofy. Nasza stara sofa po pięciu latach działań stylistycznych Kacerza wyglądała dość rozpaczliwie.
Nadeszła pora na zmianę, a że zdarzył się dobry człowiek który zechciał pozyskać do siebie nasz zużyty mebel do siedzenia to nie mieliśmy wyjścia. Znaleźliśmy sobie kolejną używaną sofę w dobrej cenie. Przy tym ta "nowa" jest wygodniejsza :)
Nastąpiło też kolejne przesilenie, po blisko 30 latach zmieniliśmy drzwi w zakładzie. Ja już od bardzo długiego czasu denerwowałem się na widok starych jednak zawsze brakowało czasu i woli aby coś zmienić w tej kwestii. Ostatecznie zmiana zaszła niejako przypadkiem, zmówiliśmy się z ojcem, jak kupiłem materiały, on trochę popracował, ja odrobinę pomogłem no i stało się. Teraz jeszcze na wiosnę w przyszłym roku będziemy musieli odmalować nieco wnętrze warsztatu.
Po pierwsze dokociliśmy się nieznacznie, mamy w domu - tzn w części mieszkalnej naszego domu mamy o jednego kota więcej. Został nam jeden z kotków o których pisałem w lipcu i aby nie czół się samotnie to wzięliśmy go na salony.
Na zdjęciu może to wygląda sielankowo ale w rzeczywistości nie jest już tak ładnie. Dokacanie to nie jest taka łatwa sprawa. Ostatecznie po kilku dniach obecności młodego Kacerz - nasz stary kot z tych emocji dostał ruję.
A jak się ma koty to ma się zniszczone tapicerki, dobrze, że jesteśmy przezorni w tej kwestii i kupujemy używane sofy. Nasza stara sofa po pięciu latach działań stylistycznych Kacerza wyglądała dość rozpaczliwie.
Nadeszła pora na zmianę, a że zdarzył się dobry człowiek który zechciał pozyskać do siebie nasz zużyty mebel do siedzenia to nie mieliśmy wyjścia. Znaleźliśmy sobie kolejną używaną sofę w dobrej cenie. Przy tym ta "nowa" jest wygodniejsza :)
Nastąpiło też kolejne przesilenie, po blisko 30 latach zmieniliśmy drzwi w zakładzie. Ja już od bardzo długiego czasu denerwowałem się na widok starych jednak zawsze brakowało czasu i woli aby coś zmienić w tej kwestii. Ostatecznie zmiana zaszła niejako przypadkiem, zmówiliśmy się z ojcem, jak kupiłem materiały, on trochę popracował, ja odrobinę pomogłem no i stało się. Teraz jeszcze na wiosnę w przyszłym roku będziemy musieli odmalować nieco wnętrze warsztatu.
![]() |
| Nowe drzwi, a obok resztka starych stoi oparta o ścinę. |
czwartek, 15 sierpnia 2013
Ciekawostka przyrodnicza - osy.
Mamy osy na podwórzu które zajęły jedną z dziur po nornicach, to już chyba taka nasza tradycja, że osy powracają każdego roku.
Osy pojawiają się zapewne dla tego, że nasza posesja (dom i część działki) jest posadowiona na sztucznie uformowanym wzniesieniu którego fundament stanowią kamienie i gruz. Całość jest przysypana ziemią i porośnięta trawą. Podejrzewam, że pod trawnikiem w warstwie gruzu i kamieni jest sporo pustych przestrzeni. Te przestrzenie są zamieszkałe przez nornice. Nornice budują liczne tunele i gniazda które z czasami zasiedlają osy.
Przedwczoraj rozpocząłem walkę z gniazdem os które znalazłem nieopodal naszego stolika ogrodowego. Na początek, dwa dni temu, nocą wlałem jeden czajnik wrzątku (około 1,5 litra). Wczoraj o poranku sprawdziłem, że osy niestety przetrwały - gniazdo musiało być posadowione bardzo głęboko lub poza zasięgiem płynącej wody.
Wczorajszej nocy zasadziłem się z trzema czajnikami wody (około 4,5 litra wrzątku). Wszystko to wlałem do otworu w ziemi prowadzącego do gniazda. Dzisiaj o poranku zastałem na pobojowisku niezwykły widok. Spotkałem osy które wynosiły z gniazda larwy oraz martwe, dorosłe osobniki. Podejrzewam, że albo część populacji przetrwała i osy zdecydowały się przenieść w inne miejsce, albo osłabione gniazdo zostało zaatakowane przez konkurencyjną rodzinę os które postanowiły zjeść dobrze ugotowane larwy i martwe koleżanki.
Widok był bardzo ciekawy: można było zobaczyć duży ruch przy wejściu do gniazda, wiele os startowało z dużym ładunkiem - tak ciężkim, że nie potrafiły się unieść w powietrze. Co ciekawe całej operacji przyglądało się z dużą uwagą kilka żab które niemal właziły do dziury prowadzącej do gniazda. Przypuszczam, że te żaby zjadały larwy zgubione w trawie - dużo larw leżało w obrębie gniazda.
Gdyby ktoś chciał wiedzieć więcej o początkach mojej "heroicznej" walki z osami, o tym jak toczyłem przed laty swoje pierwsze bitwy to zapraszam do wpisu: Kroniki wojenne - walka z osami.
Osy pojawiają się zapewne dla tego, że nasza posesja (dom i część działki) jest posadowiona na sztucznie uformowanym wzniesieniu którego fundament stanowią kamienie i gruz. Całość jest przysypana ziemią i porośnięta trawą. Podejrzewam, że pod trawnikiem w warstwie gruzu i kamieni jest sporo pustych przestrzeni. Te przestrzenie są zamieszkałe przez nornice. Nornice budują liczne tunele i gniazda które z czasami zasiedlają osy.
Przedwczoraj rozpocząłem walkę z gniazdem os które znalazłem nieopodal naszego stolika ogrodowego. Na początek, dwa dni temu, nocą wlałem jeden czajnik wrzątku (około 1,5 litra). Wczoraj o poranku sprawdziłem, że osy niestety przetrwały - gniazdo musiało być posadowione bardzo głęboko lub poza zasięgiem płynącej wody.
Wczorajszej nocy zasadziłem się z trzema czajnikami wody (około 4,5 litra wrzątku). Wszystko to wlałem do otworu w ziemi prowadzącego do gniazda. Dzisiaj o poranku zastałem na pobojowisku niezwykły widok. Spotkałem osy które wynosiły z gniazda larwy oraz martwe, dorosłe osobniki. Podejrzewam, że albo część populacji przetrwała i osy zdecydowały się przenieść w inne miejsce, albo osłabione gniazdo zostało zaatakowane przez konkurencyjną rodzinę os które postanowiły zjeść dobrze ugotowane larwy i martwe koleżanki.
Widok był bardzo ciekawy: można było zobaczyć duży ruch przy wejściu do gniazda, wiele os startowało z dużym ładunkiem - tak ciężkim, że nie potrafiły się unieść w powietrze. Co ciekawe całej operacji przyglądało się z dużą uwagą kilka żab które niemal właziły do dziury prowadzącej do gniazda. Przypuszczam, że te żaby zjadały larwy zgubione w trawie - dużo larw leżało w obrębie gniazda.
Gdyby ktoś chciał wiedzieć więcej o początkach mojej "heroicznej" walki z osami, o tym jak toczyłem przed laty swoje pierwsze bitwy to zapraszam do wpisu: Kroniki wojenne - walka z osami.
niedziela, 28 lipca 2013
Mam pewne zaległości w blogowaniu, najważniejszą rzeczą która się wydarzyła u nas w "gospodarstwie" w międzyczasie jest fakt posiadania przez nas kolejnych kociąt których nie planowaliśmy. Znaleźliśmy je nad rzeką nieopodal naszej posesji, podejrzewamy, że ktoś planował je utopić ale ostatecznie je porzucił i w rezultacie trafiły do nas.
Kocięta trafiły do nas na początku czerwca gdy były całkiem małe - musieliśmy karmić je strzykawką i odsączać im mocz pocierając pod ogonkiem.
Na początku było ich czworo, podobnie jak Banda Czworga z działek z zeszłego roku, niestety jeden z nich nie przeżył. Teraz są już duże i samodzielne, powoli szykujemy się do rozdania ich do nowych domów.
Gdy ostatnio pisałem to zmagaliśmy się z plagą deszczy, zimna i błota. Teraz podobnie jak większość kraju zmagamy się z plagą upałów, suszy i krwiożerczych owadów.
Jedyne pocieszenie jest takie, na skoszonych okolicznych łąkach pięknie schnie siano i cudownie pachnie. Ogólnie powietrze jest przesycone wonią schnącego siana przemieszaną z zapachem koszonych zbóż - bardzo mi się to podoba.
Kocięta trafiły do nas na początku czerwca gdy były całkiem małe - musieliśmy karmić je strzykawką i odsączać im mocz pocierając pod ogonkiem.
Na początku było ich czworo, podobnie jak Banda Czworga z działek z zeszłego roku, niestety jeden z nich nie przeżył. Teraz są już duże i samodzielne, powoli szykujemy się do rozdania ich do nowych domów.
Gdy ostatnio pisałem to zmagaliśmy się z plagą deszczy, zimna i błota. Teraz podobnie jak większość kraju zmagamy się z plagą upałów, suszy i krwiożerczych owadów.
Jedyne pocieszenie jest takie, na skoszonych okolicznych łąkach pięknie schnie siano i cudownie pachnie. Ogólnie powietrze jest przesycone wonią schnącego siana przemieszaną z zapachem koszonych zbóż - bardzo mi się to podoba.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







